Z Wiki The-West PL
Wersja z dnia 21:19, 18 wrz 2011 autorstwa XKonto6 (dyskusja | edycje) (Utworzył nową stronę „Przynajmniej tak nam się wydawało. Co prawda, szeryf mówi, żebyśmy poprawkę na whiskey brali, ale o czym on mówi? Zawsze bierzemy! Co najmniej po flaszce na gło...”)

(różn.) ← poprzednia wersja | przejdź do aktualnej wersji (różn.) | następna wersja → (różn.)
Skocz do: nawigacja, szukaj

Przynajmniej tak nam się wydawało. Co prawda, szeryf mówi, żebyśmy poprawkę na whiskey brali, ale o czym on mówi? Zawsze bierzemy! Co najmniej po flaszce na głowę, a że koń też człowiek, no to po dwie zawsze mamy przy sobie. W krzakach nam mignął i to dokładnie: mignął. Siedzieliśmy sobie spokojnie, na ognisku skwierczało coś, co miało cztery nogi, chyba, i zapach piękny rozchodził się z lekkim wiatrem. Indianin Joe próbował z nudów sam się oskalpować , ale nie trafił i lekko zaciął Szramę. Na szczęście miał ostry nóż, bo tępym to by chyba zabił. Ale Szrama już niedługo będzie mógł chodzić, jak mówi weterynarz i nie ma to nic wspólnego z faktem, że zdaje się właśnie mustanga Szramy wtedy upiekliśmy. Barman zerwał się nagle z trawy i ruszył w krzaki. My wtedy, sądząc, że ktoś nas atakuje, a barman idzie zbrojnie zareagować, zaczęliśmy strzelać do tych krzaków wszyscy. No, może oprócz Coakroacha, on pełzał bardziej, bo perspektywa widzenia świata mu się zmieniła, kiedy pomylił garnek wody z garnkiem whiskey. Pomylił! Akurat, tylko się tak tłumaczy, liczy skubany, że go odetniemy od drzewa wcześniej. A nic z tego! Niech dynda! Przezwisko mu pasuje w każdym razie, bo faktycznie pełza biegiem, jak prawdziwy karaluch. No nikt go nie prześcignie! W każdym razie barman coś krzyczy, my strzelamy, ten pełza a tu z drugiej strony zza drzewa na nas jak coś nie łypnie – i jeszcze raz łypnęło i pobiegło w las. Przestaliśmy strzelać, barman mógł spokojnie pójść w krzaki za potrzebą, bo o to mu chodziło od początku, i poszliśmy szukać tego łypiącego. Znaleźliśmy coś, co przypominało spodnie, ale obcięte, na śmiesznych szelkach. W kieszeni tego czegoś ( między szelkami), znaleźliśmy kartkę z pismem drukowanym. Późno było, ciemno, a głównie z tego powodu, że trochę pismo zapomnieliśmy, poszliśmy następnego wieczora z kartką do pastora. Jak już udało nam się go obudzić, założył okulary, popatrzył na kartkę i coś zaczął mruczeć. Mruczał tak parę minut, aż zaczęliśmy się zastanawiać, czy on jakichś egzorcyzmów nie odprawia, ale po chwili odłożył kartkę, zdjął okulary, popatrzył na nas i zmartwionym głosem jęknął: „to jest w obcym języku!”. No to pewnie to był ten Niemiec, bo to przecież obcy jest?

Dzień jak codzień