Z Wiki The-West PL
Skocz do: nawigacja, szukaj

Teraz zaczną się same problemy, już nam to zaprzyjaźniony szaman Fejrun zapowiedział. A przecież tak sobie spokojnie żywot tutaj wiedliśmy, co nas podkusiło… Wszystko się zaczęło tego dnia, kiedy do miasta przybył Brander – obszarpaniec kompletny, w połatanym niebieskim mundurze, na kulawym koniu. Sympatię w nas wzbudził, bo jeszcze do salonu nie doszedł, a już gorzałkę czuć było od niego na dwie mile. Lubił pogadać, a i sporo do opowiedzenia miał, to coś tam posłuchaliśmy nawet, o jakichś bitwach z Indianami, potem o bitwach toczonych razem z Indianami przeciwko innym białym, o bitwach z tamtymi białymi przeciwko białym mówiącym w innym języku - a nie był to niemiecki, bo Brander się zarzekał, że tamten taki bardziej bulgocząco-zasysająco-jękliwy był i pastor stwierdził na podstawie swoich doświadczeń, że to francuski. Skąd swoją drogą ten pastor tyle doświadczeń ma? W każdym razie tak nam namieszał z tymi bitwami, że kompletnie już nie wiedzieliśmy o co chodzi i kto z kim się prał. A już o co, dlaczego się bili, to nawet Brander nie mógł niczego powiedzieć, bo pojęcia też nie miał. Tylko tyle się zorientowaliśmy, że z tego bałaganu, to Brander po każdej stronie zdążył walczyć. Na nasze pytanie, co go do nas sprowadziło, wyjaśnił, że ci, z którymi teraz jest, wysłali go w poszukiwaniu wojsk przeciwnika, ponieważ podobno w naszych rejonach są. Trochę nas zamurowało, jak nam ich opisał. Długo się wahaliśmy, czy mu o tym opowiedzieć czy może jednak nie, ale w końcu powiedzieliśmy. I to był błąd. A historia była krótka. Nasze miasto, jak wiadomo wszystkim w odległości 100 mil, jest bardzo gościnne. Każdym gościem się zajmujemy i mamy w tym wprawę. Dlatego nikt nas w zasadzie nie odwiedza. Ale ci przyjechali do nas, bo chyba lekko nie zrozumieli sarkazmu medyka w Rio, który im powiedział, że ich przyjmiemy z otwartymi rękoma. Było ich najpierw tak około pół setki. Zajęliśmy się nimi szybciutko, bo konie mieli niezłe, a u nas koni nigdy za wiele. Z tych śmiesznych mundurków to sobie kobiety sukienki porobiły, nawet ładne wyszły. Ale potem ze dwie setki przyjechały szukając tych pierwszych. No to musieliśmy zmienić taktykę i najpierw ich na poczęstunek zaprosiliśmy. Indianin Joe postarał się o przyprawy, w rezultacie czego musieliśmy grabarzowi pomagać przez dwa tygodnie. Brander jak to usłyszał, to myk na konia i pognał gdzieś. Wrócił za trzy dni i powiedział, że nasze miasto do odznaczenia całe będzie, bo to tych właśnie szukali! Zapytał, czy był taki jeden z długimi włosami, palący fajkę i czy zwracali się do niego per ‘generale’. No był. Z jego mundurku szaman Fejrun sobie zrobił daszek nad namiotem. Z Fejrunem to tez wesoło było – okazało się, że to Niemiec, kumpel Gaha, który zwiał przed żonami ze Wschodu i zaszył się między Indianami. Gadane miał, z wizjami po ziółkach też problemu nie było u niego, a że wyglądał jak strach na wróble, to i szamanem został dla niepoznaki. To do niego Amba z listem od Gaha jeździł. A teraz mówi, że do takiego odznaczonego miasta to pełno ludzi przyjedzie. Dziennikarze, wojsko. Za wojskiem przyjadą kobiety, no to OK., ale po co nam pismaki?? Grabarz się tylko nie martwi jakoś.

Dzień jak codzień